Antarktyda to jedyny kontynent wolny od koronawirusa. Uczestnicy australijskiej wyprawy mówią wprost: „my o tym tylko słuchamy, jak gdybyśmy żyli na innej planecie”. Spokój zachowują też Polacy, choć wzrasta niepewność o los rodzin, które zostały w kraju. Jeśli jednak COVID-19 pojawi się i na Antarktydzie, wszystkie stacje mogą mieć poważne problemy.
 

Koronawirus. Antarktyda najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi

W ciągu ostatnich kilku miesięcy ok. czterech tys. osób z całego świata obserwowało z Antarktydy pandemię koronawirusa, która wybuchła w chińskim Wuhan i ogarnęła cały świat, poza krainą lodu na południu naszego globu.

- Lepiej tam zostań, będziesz bardziej bezpieczny – Alberto Della Rovere, szef 35. włoskiej ekspedycji na Antarktydę relacjonuje dla „Washington Post” to, co usłyszał od swoich kolegów z Włoch. Nawet w czasach przed koronawirusem podróż do krainy lodu była ograniczona. Teraz dodatkowo pracownicy medyczni sprawdzają przybywających, czy nie mają objawów grypy i innych chorób.

To wszystko sprawia, że obecnie Antarktyda jest najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Ta wiedza nie może jednak uśpić czujności, ponieważ o ile większość baz byłaby w stanie poradzić sobie z jednym przypadkiem choroby dróg oddechowych, o tyle walka z szybko rozprzestrzeniającym się koronawirusem byłaby nieskuteczna i niebezpieczna. Nie ma też pewności, że COVID-19 nie dotrze w końcu i na Antarktydę.

Dwadzieścia osiem krajów posiada stacje badawcze na Antarktydzie. Największą z nich jest amerykańska McMurdo Station, w której mieszka i pracuje ok. tysiąca osób. Populacja kontynentu jest największa w okresie lata antarktycznego, czyli od października do lutego. Zimą wiele stacji zamyka się.

 

 

Dostawa raz na rok. Schabowy bez ograniczeń

Otwarta pozostaje Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego. Obecnie pracuje w niej dziesięć osób, m.in. energetyk, informatyk, elektronik, mechanik, obserwatorzy naukowi. Na miejscu jest też ratownik medyczny. Lekarza nie ma. Część osób pracuje na stacji w trybie całorocznym. To trzon wyprawy. W okresie letnim (np. od listopada do marca), gdy przybywają transporty i pracy jest więcej, zwykle na stacji pracuje ok. 40 osób.

Polska stacja rozpoczęła działalność 26 lutego 1977 r. Mimo zawirowań politycznych, stanu wojennego i zmiany ustroju funkcjonuje nieprzerwanie do dziś. Ze względu na dogodną lokalizację, łatwy dostęp dla statków zaopatrzeniowych oraz pobliskie źródło słodkiej wody postanowiono o założeniu stacji na Wyspie Króla Jerzego w Zatoce Admiralicji.

 

 

Na Antarktydzie właśnie zaczęła się zima. Lato na kontynencie było jednak bardzo ciepłe. Jeszcze w połowie lutego na wyspie Seymour, położonej na wschód od północnego krańca Półwyspu Antarktycznego zanotowano rekord temperatury: niemalże 21 stopni Celsjusza. Średnia roczna temperatura na wyspie to - 1,5 st. Celsjusza latem i - 15 st. Celsjusza zimą. Czasem jednak temperatura potrafi spaść nawet do – 60 st. Celsjusza. Uczucie zimna potęguje silny wiatr.

W trudnym okresie zimowym głównym zadaniem polskiej bazy jest utrzymanie infrastruktury w działaniu. Dzień pracy uzależniony jest od pogody. Dobre warunki pozwalają wyjść w teren. Wtedy na lądzie obserwowane są głównie ptaki i ssaki, na morzu prowadzony monitoring oceanograficzny. Gdy pogoda nie pozwala na eksplorację terenu, pracownicy zajmują się spływającymi danymi z pomiarów, wspierają naukowców, którzy przybywają na stację, sprzątają i prowadzą prace remontowe.

Śniadanie jest zwykle o godz. 8, później praca do ok. 12-13. Wtedy zaczyna się przerwa na lunch w formie szwedzkiego stołu. Godz. 17-18 to najczęściej czas obiadokolacji. Wszystko zależy od tego, jak wiele jest pracy, a ta uzależniona jest przecież od warunków atmosferycznych.

O ile w okresie letnim na stacji jest na stałe kucharz, który przygotowuje posiłki, o tyle zimą ekipa sama sobie gotuje. Przeważnie zorganizowane jest to w formie dyżurów. Dziś na stacji pracuje dziesięć osób. Oznacza to, że każdy gotuje dla wszystkich co dziesięć dni. Zaopatrzenie przypływa raz na rok. Większość produktów jest mrożona, ale wśród pracowników stacji słyszymy, że „schabowego też można śmiało przygotować”.

- Musimy być też przygotowani na zepsucie pewnej partii żywności, dlatego musimy mieć zapas. Nie jesteśmy też w stanie przewidzieć, kiedy przypłynie kolejne zaopatrzenie. Nie znamy dokładnego terminu. Wiemy jedynie, że czasem to kwestia miesiąca lub nawet dwóch. Wszystko zależy od tego, jakie statki operują w regionie. W obecnej sytuacji nie wiemy, jak to dalej będzie wyglądać – mówi nam dr Dariusz Puczko, koordynator ds. logistyki polarnej.

W czasie zimy Antarktyda jest w zasadzie odcięta od świata, a transporty w większości ustały. Na sprzęt czeka się do wiosny lub lata, czyli co najmniej kilka miesięcy. Szybciej się nie da. Na przeszkodzie stoi pogoda – silny wiatr, falowanie i oblodzenie. Są kraje, które organizują zrzuty samolotami. - My tego nie praktykujemy. Przez rok musimy być samowystarczalni – mówi nam dr Puczko.

W tych najtrudniejszych miesiącach izolacja może okazać się błogosławieństwem. Surowe warunki sprawiają, że podróżowanie tam i z powrotem jest niezwykle trudne, co zmniejsza ryzyko, że ktoś może przywieźć ze sobą wirusa. - Statek z zaopatrzeniem dopłynął do naszej stacji pod koniec marca. Był po kilkutygodniowej podróży, więc jest wolny od koronawirusa – słyszymy.

Dla ludzi na stacji pandemia na świecie w zasadzie niewiele zmieniła. - I tak jesteśmy odcięci od reszty świata. Wzrosła jednak niepewność o losy najbliższych, którzy zostali w domu. Jesteśmy jednak z nimi w stałym kontakcie przez internet, telefon VoIP, ewentualnie telefon satelitarny – słyszymy.

W razie potrzeby polska stacja dysponuje jednym respiratorem. Jeśli na stacji zdarzają się poważniejsze wypadki, uruchamiany jest system SAR (search and rescue, czyli poszukiwanie i ratunek – red.), pojawiają się też posiłki z innych stacji, a w razie konieczności osoby wymagające hospitalizacji transportowane są na kontynent.

Polacy mogą liczyć na pomoc szczególnie pracowników stacji brazylijskiej, koreańskiej, argentyńskiej i chilijskiej, które znajdują się w niedalekim sąsiedztwie. Chilijczycy posiadają także małe lotnisko, lądować mogą również helikoptery.

Z drugiej strony biorąc pod uwagę bliskość wszystkich przebywających na stacji osób i izolację, choroby zakaźne są zawsze przedmiotem troski. - Naprawdę źle byłoby dostać wirusa grypy, nie mówiąc już o koronawirusie – mówią w australijskiej stacji. - To podobne do życia na Księżycu lub w drodze na Marsa. W razie potrzeby nie możemy przeprowadzić medycznej ewakuacji z naszych australijskich stacji nawet przez dziewięć miesięcy.

Wynika to z tego, że do stacji na kontynencie dostać się jest dużo trudniej niż do tych ulokowanych na wyspach. Polacy mają zatem więcej szczęścia, choć koronawirus znacznie utrudnił powrót uczestników wyprawy, którzy latem pracowali na Antarktydzie. Dziesięć osób utknęło w Chile. - Chwilowo nie ma możliwości sprowadzenia ich do kraju. Wszystko przez zamknięte granice i wstrzymane loty – tłumaczy dr Puczko.

 

 

Antarktyda modna wśród Polaków

Mimo różnych utrudnień, w ostatnich ostatnich latach do udziału w wyprawach zgłasza się coraz więcej chętnych. - Pewnie to kwestia egzotyki, nietypowego miejsca i pracy, a także nagłośnienia naszej działalności właśnie przez media – potwierdza dr Puczko, który odpowiada również za rekrutację na wyprawy.

Ta rozpoczyna się w styczniu-lutym ogłoszeniem o naborze. Rozmowy kwalifikacyjne odbywają się przeważnie w marcu i kwietniu. W maju wybrani kandydaci przechodzą badania lekarskie. Te w ostatnich latach prowadzone są we współpracy z Wojskowym Instytutem Medycyny Lotniczej. Miesiące czerwiec-wrzesień poświęcone są na przygotowania do wyprawy. W tym czasie odbywają się także szkolenia grupowe i indywidualne. Wyprawa wyrusza na stację na przełomie września i października.

To nie zarobki są magnesem. Płace pracowników na stacji oscylują w okolicach średniej krajowej. Jednakże w rekrutacji często udział biorą ludzie młodzi, którzy nie mają jeszcze wielu zobowiązań finansowych np. kredytu i nie mają swoich rodzin. - Wtedy ta praca wydaje się być ciekawa także pod względem zarobków, ponieważ zarobionych pieniędzy się po prostu nie wydaje – słyszymy.

Potwierdzają to również pracownicy niemieckiej stacji w rozmowie z „The Washington Post”. - Tutaj uczysz się tego, co jest naprawdę ważne w życiu. Dowiadujesz się przede wszystkim, jak tworzyć zgrany zespół, jak rozmawiać ze sobą i dbać o siebie nawzajem.

A nie jest to łatwe. Ciągłe przebywanie z tymi samymi osobami na ograniczonej przestrzeni może rodzić różnego rodzaju konflikty. - Właśnie temu służą szkolenia, by przygotować rekrutów na czas izolacji. Specjaliści prowadzą z nimi rozmowy o tym, jakie zjawiska mogą zachodzić w głowie w danym czasie – tłumaczy dr Puczko.

Wyzwaniem jest także pogoda, surowy klimat, silny wiatr i zmniejszona ilość promieniowania słonecznego. - To jasne, że psychika trochę siada i zaczynamy być nieco drażliwi. Nie zaskakuje nas to, bo jesteśmy na to przygotowani.

 

 

Pomoc jest (zbyt) daleko

Stacje są za to nieprzygotowane na ewentualne pojawienie się koronawirusa na Antarktydzie. Martwi to szczególnie przebywających na kontynencie medyków. - Nie ma dodatkowych pielęgniarek ani innych wyszkolonych pracowników służby zdrowia – przekonują Australijczycy w rozmowie z „The Washington Post”.

Zaplecze medyczne też nie jest bogato wyposażone. Polacy mają wprawdzie jeden respirator, ale to za mało w razie wybuchu pandemii. Choć wiele krajów zamknęło swoje stacje na zimę, zanim koronawirus zaczął zbierać żniwa, część stacji dopiero niedawno zakończyła sezon letni. Samoloty jednak nadal lądują i startują z lądowisk.

Mike England, rzecznik prasowy National Science Foundation: większość lotów to odloty, ale część osób również przylatywała.

I to właśnie te osoby stanowią potencjalnie największe zagrożenie dla pracujących na miejscu naukowców i pracowników innych stacji. Tylko część z nich poddawana jest testom na obecność koronawirusa. Różnice w praktykach między stacjami wywołują obawy.

Na pomoc rusza COMNAP, czyli Rada Dyrektorów Narodowych Programów Antarktycznych. Założone w 1988 r. stowarzyszenie oferuje nie tylko koordynację pomiędzy różnymi narodowymi programami w Antarktyce, ale także dzieli się z rządami poszczególnych krajów najlepszymi praktykami związanymi z walką z koronawirusem.

Michelle Rogan-Finnemore z COMNAP: nic mi nie przychodzi na myśl, co miałoby tak globalny i pełen wyzwań charakter, jak obecna pandemia koronawirusa.

Jednak jak przyznają uczestnicy wypraw, spędzanie zimy na Antarktydzie zmienia sposób myślenia i uczy o odpowiedzialności również za drugiego człowieka.

Ponownie Australijczycy: - To coś, czego brakowało wielu krajom na świecie na początku epidemii. Ale nie wiemy, jak jest poza kontynentem. My o tym tylko słuchamy i oglądamy, jak gdybyśmy żyli na innej planecie.

 

Dariusz Pilichowski

Źródło: Media

Data Publikacji: 03.05.2020  8.30

 
 

 

 

Komentarze

Polacy na Antarktydzie w czasach koronawirusa. "Musimy być samowystarczalni".
03 maja 2020
Radio Top  Kręci Nas Muzyka

Kręci Nas Muzyka

Loading ...

Wejdź na

CIEKAWOSTKI

   KONTAKT

Unit 29

Booth House

Featherstall Road South

Oldham

OL9 7TQ

Radio Top

 

 

POLITYKA PRYWATNOŚCI

REGULAMIN

2019 © Wszelkie prawa zastrzeżone | www.radiotop.com.pl

WIADOMOŚCI

POGODA

RADIO

RAMÓWKA

HIT NA HIT

TOP40.PL

MAPA RADIA

REKLAMA

POPROCK-owa 20stka